poniedziałek, 20 grudnia 2010

Kostrzyńskie Pompeje

Tramwaj wtoczył się na Rynek od strony Krótkiej Grobli. Szerokim łukiem skręcił w ulicę Berlińską i zatrzymał się przy przystanku naprzeciwko Ratusza. Kilka osób wysiadło i rozeszło się po placu. Dwie kobiety w długich sukniach rozwinęły parasolki i ruszyły w kierunku magistratu. Przed wejściem do budynku mężczyźni w kapeluszach dyskutowali o czymś żywo. Ktoś obok nich pchał wózek z warzywami albo owocami. Wąsaty motorniczy dał sygnał odjazdu i tramwaj potoczył się w stronę Bramy Berlińskiej. Nieznany fotograf nacisnął spust migawki. Zegar na fasadzie ratusza wskazywał godzinę 16:10.
   Spadają pierwsze krople deszczu i Heinz Henschel chowa przedwojenną fotografię do teczki. W aktówce znika rynek Starego Miasta. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, rozpływają się tramwaj z motorniczym, damy z parasolkami, mężczyźni w kapeluszach. Wyparowuje stojący po środku rynku pomnik upamiętniający powstanie Drugiej Rzeszy. Brukowany plac targowy przeistacza się w wyboistą polanę, wystawioną na podmuchy wiatru. W miejscu trzypiętrowych kamienic wyrastają drzewa, witryny sklepowe zmieniają się w kłębowisko chwastów, a bruk i szyny tramwajowe pochłania trawa. Pokruszone fundamenty, schody prowadzące do nieistniejących domów, płyty chodników, które wiodą donikąd – tyle pozostało z rynku i z całej starówki. Nawet z pożółkłym zdjęciem w ręku trudno sobie wyobrazić, że w tym miejscu biło kiedyś serce kostrzyńskiej twierdzy. Stare Miasto przetrwało w dokumentach i na starych fotografiach oraz w pamięci kilku żyjących jeszcze mieszkańców niemieckiego Kostrzyna nad Odrą.



Heinz Henschel
Głowa Heinza Henschela pełna jest wspomnień i obrazów, podobnych do tych ze zdjęcia. Należy do ostatnich żyjących ludzi, którzy noszą w sobie pamięć o starym Küstrin. Miał 13 lat, gdy wybuchła wojna. Parę razy w tygodniu przejeżdżał przez staromiejski rynek. Z Nowego Miasta pędził rowerem do krewnych na przedmieściu za Bramą Chyżyńską. Do twierdzy wjeżdżał, jak tramwaj, przez nieistniejąca już wtedy Bramę Sarbinowską, gdzie stoi hotel i jakaś niedokończona budowa. Chłopiec przecinał ulicę Komendantów, mijał ratusz i sąsiednie kamienice i po chwili obowiązkowo robił postój. „Na rogu Kietzer Straße była piekarnia Tränklera” – wspomina Heinz Henschel – „Szneka” kosztowała pięć fenigów”. Chłopak w pędzie pochłaniał lukrowaną drożdżówkę, wskakiwał na rower i po paru minutach był u wujostwa.
    Rynek przestał istnieć ponad 60 lat temu, ale wspomnienia Heinza Henschela są wyraziste. Tamten Kostrzyn wciąż tętni życiem i nic nie zapowiada nadciągającej zagłady. Mury „Kostrzyna 2015” także lśnią. Dachy wirtualnych budynków rażą kolorami, a fasady i ulice promieniują z ekranu ciepłym blaskiem. Zgodnie z przyjętą przez władze Kostrzyna strategią rynek ma zostać odbudowany w pierwszej kolejności. Jeśli znajdą się inwestorzy, wokół placu powstaną cztery pierzeje, które pomieszczą kawiarnie, kluby i restauracje. Wypełnią je hotelowi goście oraz lokatorzy okolicznych mieszkań i apartamentów. Fasada ratusza będzie jak na zdjęciu sprzed wojny. Projekt rewitalizacji zakłada rekonstrukcję budynku. Elewacja, detal architektoniczny, schody i zegar muszą odpowiadać niemieckiemu wzorcowi. Podobnie linia zabudowy kamienic. „Wybrane nowo budowane kamienice powinny posiadać możliwie wiernie zrekonstruowane elewacje” – czytam w „Transgranicznym studium rewitalizacji twierdza Kostrzyn 2015”. Kostrzyn przyszłości, jeśli powstanie, będzie wierną kopią Küstrin an der Oder. I tylko trudno w tę wizję uwierzyć, gdy się widzi w miejscu ratusza górę gruzu zarosłego zielskiem.
  Burmistrz Kostrzyna nad Odrą dr Andrzej Kunt jest entuzjastą projektu. Gdyby nie wierzył w jego powodzenie, nie angażowałby tylu sił i pieniędzy. Zdaje sobie sprawę, że realizacja przedsięwzięcia będzie niezwykle trudna. Dlatego mówi asekuracyjnie – „Należy odróżnić odbudowę kostrzyńskiej twierdzy od odbudowy Starego Miasta. Wzięliśmy na siebie rewitalizację fortyfikacji i podołamy zadaniu. Stworzymy przyjazny klimat pod inwestycje”. Czy znajdą się inwestorzy zainteresowani peryferyjnie położonym Kostrzynem nad Odrą? Burmistrz Kunt nie da za to głowy, ale liczy, że zadziała genius loci – duch kostrzyńskiej twierdzy. Kluczowe znaczenie będzie miała współpraca z Niemcami, bo wspólnymi siłami można zdziałać więcej. Podobno jakiś Luksemburczyk o polskich korzeniach interesował się już terenem zamku.




Tymczasem zamkowy dziedziniec otaczają mury nie wyższe niż półtora metra. Spod ziemi wyzierają piwniczne otwory i ceglane sklepienia zasypane gruzem. „Zakaz wstępu” – ostrzega tabliczka przed wejściem. Kamienne stopnie, prowadzące niegdyś do klatek schodowych, dziś kończą się w pustych otworach bez drzwi i framug. Fragment krętych schodów nie pozostawia wątpliwości, gdzie znajdowała się zamkowa wieża. Heinz Henschel pamięta, jak raz w roku aktorzy odgrywali na renesansowym dziedzińcu ostatnie sceny życia Hansa von Katte, skazanego na śmierć przyjaciela młodego Fryderyka Wielkiego.
    Być może dziedziniec zamku w Kostrzynie znowu stanie się kiedyś scenografią dla spektakli teatralnych. W koncepcji władz miasta wewnętrzne podwórze należy przykryć szklanym dachem. Byłby to jedyny „nowoczesny” element architektoniczny, bo podobnie jak ratusz, zamek też ma zostać wiernie odtworzony. Władze Kostrzyna chcą, by w murach zrekonstruowanego budynku znalazły się sale konferencyjne, filia wyższej uczelni, instytut naukowy lub badawczy. Obiekt pełniłby tym samym ponadregionalną funkcję. Tak jak w czasach największej świetności miasta.
    Heinz Henschel zatrzymuje się przy kamiennym cokole pośrodku placu przed zamkiem. W tym miejscu, naprzeciw parafialnego kościoła Najświętszej Marii Panny, stał do 1945 roku pomnik budowniczego twierdzy Hansa z Kostrzyna. Henschel spogląda w stronę drewnianego krzyża, stojącego w miejscu, gdzie ongiś znajdował się kościelny ołtarz. „Wszystkie najważniejsze uroczystości religijne odbywały się na tym placu ograniczonym zamkiem, kościołem i komendanturą” – wspomina Niemiec. W podziemiach kościoła spoczywał założyciel renesansowej twierdzy Hans von Küstrin oraz inni dostojni mieszczanie. Dziś krypta straszy otworami zawalonymi gruzem. Projekt rewitalizacji przewiduje odbudowę świątyni w stylu późnego baroku. Kościół, według zamierzeń, prowadziłby ekumeniczną i kulturotwórczą działalność.
   Gdy Hitler napadał na Polskę, garnizonowe miasto nad Odrą liczyło prawie 25 tys. mieszkańców. Jedna trzecia ludności żyła na terenie twierdzy. Pozostali zamieszkiwali dzielnice Küstrin-Kietz, Neustadt, oraz osiedle Chyżyńskie położone przy wylocie z miasta na Frankfurt. Kto mógł uciekł z Kostrzyna na Zachód. Gdy zimą 1945 przez twierdzę przetaczał się walec historii, w mieście mieszkało paręset osób.  
   Heinz Henschel nie widział zagłady rodzinnego miasta. W 1944 roku dostał powołanie do wojska. Siedział w obozie jenieckim w Holandii, gdy Armia Czerwona zajmowała ruiny twierdzy. Podczas trwającego od stycznia do marca oblężenia radzieccy lotnicy zasypali miasto gradem bomb. Na Starym Mieście do zamieszkania nadawała się jedna kamienica.
    Dom, w którym do wybuchu wojny mieszkała rodzina Henschel, ocalał. W 1946 roku, gdy Heinz wrócił z niewoli nad Odrę, rzeka była już granicą nie do przebycia. W Niemczech pozostało przedmieście Kietz. Inne dzielnice, w tym Stare i Nowe Miasto, znalazły się w Polsce. Heinz zamieszkał z rodzicami w niewielkim domu przy główniej drodze w Kietz, trzy kilometry od przejścia granicznego. Z drugiego brzegu rzeki patrzył na ruiny twierdzy i czekał ćwierć wieku, by je odwiedzić.  
   Pierwszy raz Heinz pojechał do polskiego Kostrzyna pod koniec lat pięćdziesiątych. – „Nie mogłem poznać tego miejsca” – wspomina pierwsze wrażenie. – „To było zupełnie inne miasto”. Ku swojemu zdumieniu przy placu Grunwaldzkim odnalazł rodzinną kamienicę- miejsce swojego urodzenia. Terenu twierdzy pilnowało wojsko i nie zobaczył ruin starówki. Dopiero na początku lat siedemdziesiątych pojechał przez Frankfurt do Kostrzyna. Nikt nie pilnował już gruzów i zarośli i mógł przez wiele godzin chodzić wśród ruin. - „To był szok” – mówi dzisiaj Heinz Henschel – „Wróciły wspomnienia z dzieciństwa, stałem i płakałem”. W połowie lat siedemdziesiątych wojsko wysadziło ruiny w powietrze i Küstrin przestał ostatecznie istnieć.



Przez Plac Ćwiczeń, rozpoznawalny dziś jedynie dzięki kamiennemu obmurowaniu szpaleru drzew, dochodzimy do ulicy Berlińskiej. Przez kilkaset lat była to najważniejsza arteria miasta. Ulica rozpoczynała się w rynku i biegła ku zachodowi, do Bramy Berlińskiej. Władze Kostrzyna niedawno odrestaurowały bramę i utworzyły w niej punkt informacji turystycznej. Odbudowano także położoną na przeciwległym krańcu twierdzy Bramę Chyżyńską, przy której ma powstać muzeum twierdzy. Heinz Henschel zatrzymuje się po kilkudziesięciu metrach i wyciąga z teczki przedwojenną mapę Kostrzyna. - „Tutaj stał hotel Krappes” – palcem wskazuje miejsce zarosłe bujną roślinnością – „pokoje kosztowały dwie marki”.
   Wzdłuż ulicy Szkolnej zbliżamy się do wyjścia na tyłach restauracji i hotelu Bastion. Slalomem mijamy błoto i kałuże. Zagaduję Heinza Henschela o plan odbudowy Starego Miasta. - „Nie jestem pewien, czy tych pieniędzy nie można spożytkować lepiej” – odpowiada Niemiec. Nie wierzy w sukces. - „W pobliżu nie ma dużych miast. Komu by się to miało opłacić?” – pyta Henschel i palcem wskazuje niedokończoną budowę na tyłach hotelu. Ludzi po obu stronach Odry ubywa, młodzi wyjeżdżają. Opuszczone mieszkania i domy po zachodniej stronie granicy można kupić za bezcen. Zdaniem Niemca twierdza powinna zostać zachowana w formie trwałej ruiny, jako przestroga dla przyszłych pokoleń. - „Dwa razy do tej samej rzeki wejść się nie da” – mówi filozoficznie Henschel.
  Ale nawet najbardziej nieprawdopodobne wizje mogą się jednak urzeczywistnić. Kilkanaście lat temu Hansowi Henschelowi nie przyszłoby do głowy, że znikną kontrole graniczne. Przez prawie pół wieku most na Odrze był zamknięty. Potem trzeba było pokazywać dokumenty, otwierać bagażnik, tłumaczyć. O północy 21 grudnia 2007 roku wszystko się zmieniło. Hans Henschel o północy pojawił się na przejściu granicznym i jako pierwszy Niemiec z Küstrin- Kietz przekroczył most na Odrze bez żadnej kontroli – po 63 latach.




W drodze powrotnej z Kostrzyna zatrzymałem się w Górzycy. Właściwie, chyba po to, by sobie głębiej uświadomić nietrwałość ludzkich dokonań. W miejscowości pomiędzy Kostrzynem i Słubicami nie było nic, co mogło tłumaczyć postój.  Kiedyś, przed wiekami, urzędowali tu biskupi i kapituła lubuska, a położona na wysokim brzegu Odry osada kwitła. Teraz nie ma już nawet PGR. Pogranicze polsko-niemieckie pełne jest miejsc, które czasy świetności mają dawno za sobą. Na próżno szukać śladów splendoru w starym biskupstwie Lebus, dziś sennej mieścinie nad Odrą. A gdzie podziała się Jumne, zwana także Vineta, położona gdzieś u ujścia rzeki do Bałtyku? „To zaiste największe z miast, jakie nosi Europa, mieszkają w nim Słowianie i inne plemiona, Grecy i poganie”- pisał w IX wieku kronikarz Adam z Bremy.
   Przyjęło się uważać, że zniszczenia „poniemieckich” miast, powstały podczas działań wojennych w 1945.  Położne nad Odra i Nysą- ostatnią linią hitlerowskiego oporu, obrońcy zmienili w twierdze, a najeźdźcy w gruzowisko. Taki los spotkał przecież Frankfurt, Guben, Forst. Tymczasem nadgraniczne wsie, a także miejscowości położone poza linią ognia popadły w ruinę już po przejściu frontu. „Miasta zachodniej i północnej Polski katastrofa spotkała po zakończeniu działań wojennych. Zdarzyła się wielka kulturowa tragedia, coś niesamowicie strasznego” – twierdzi profesor Maria Lubocka-Hoffmann, wieloletnia elbląska konserwator zabytków i wykładowca Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. „Może dziś trudno to sobie wyobrazić, lecz niewiele miast na „Ziemiach Odzyskanych” zostało zniszczonych w trakcie działań wojennych. (…) W ciągu kilku lat, podczas których na starówkach działały radzieckie komendantury wojenne, nastąpiły potworne zniszczenia. Dopiero ostatnio, kiedy ujawniane są archiwa rosyjskie, amerykańskie oraz niemieckie, na światło dzienne wychodzą przerażające fakty”. Według pani profesor przyczyna upadku miast tkwiła w ogromnym uczuciu niechęci do tych terenów. Rosjanie niszczyli miasta nie z militarnej potrzeby, ale dlatego, że były „poniemieckie”. Przybyli ze wschodu Polacy nie przejawiali zainteresowania odbudową junkierskich pałaców, kamienic i chłopskich gospodarstw. Ostatecznych zniszczeń dokonała późniejsza zabudowa, rujnująca dawne układy przestrzenne i staromiejską zabudowę. Zachodnie pogranicze pełne jest takich miejsc. W Ośnie Lubuskim leżącym 20 kilometrów od Odry przewodniki turystyczne opisują ratusz, gotycki kościół i średniowieczne mury obronne. Milczą na temat stojących w środku miasteczka, przy historycznym rynku, pawilonów handlowych tak szpetnych, że uratować mogłoby je tylko wysadzenie w powietrze.


Ośno Lubuskie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz